Moje świadectwo nowego narodzenia

  • Post
    Agnieszka P.
    Agnieszka P.
    Moderator
    @agnieszka-p
    Moje świadectwo nowego narodzenia ma kilka genez 😊 Jedną z nich jest natura dana mi od Boga, która wiąże się z koniecznością dociekania, niezadowalania się powierzchownymi wyjaśnieniami, zgłębiania istoty rzeczy i poszukiwania prawdy.

    Drugą była miłość do moich dzieci i potrzeba wychowywania ich w prawdzie i przedstawiania im prawdziwej wersji zdarzeń na każdym etapie ich rozwoju, oczywiście w sposób dostosowany do wieku.

    (Zatem żadnego świętego Mikołaja i żadnych bocianów. Jak mogłabym patrzeć w ufne, mądre oczy moich dzieci  i „wciskać  im kit” taki lub inny. Siłą rzeczy na pewnym etapie zdałam sobie sprawę, że sama musiałam wiedzieć, w co wierzę, a w co nie, żeby ich nie okłamywać.)

    A trzecią i ostatnią, świadectwo moich odrodzonych przyjaciół.

    Ale po kolei.

    Urodziłam się (jak większość w naszym kraju) w rodzinie katolickiej, jednak był to katolicyzm dość eklektyczny i powierzchowny, ot, kilka tradycji. Pewne rzeczy nie zgadzały mi się ”od zawsze”. Po co była ofiara Jezusa na krzyżu, jeżeli do nieba idzie się za dobre uczynki? Czy Maryja nie jest trochę boginią samą w sobie, a może i mającą więcej do powiedzenia, niż Stwórca? Czy jak się odprawi „dziewięć piątków”, to można już grzeszyć do woli z gwarancją zbawienia?

    Jako studentka zetknęłam się z baptystami, bo przychodzili do nas na wybrane zajęcia, ale miałam wtedy  dziwną zasłonę na oczach i byłam wyjątkowo odporna na wszystko, co mi mówili o Bogu. Owszem, dawałam się zaprosić na nabożeństwa, na ewangelizacje, na śluby i chrzty…i nic…beton…Nic po prostu nie słyszałam, nic z tego nie zapamiętałam. Spływało po mnie. Tak właśnie, myślę sobie, diabeł wybiera zasiane ziarno…Biblia opisuje to zjawisko w Kazaniu na górze.

    Dopiero, kiedy na dobre straciłam z wszystkimi kontakt, wszyscy się rozjechali i przestałam ich widywać, wyszłam za mąż, urodziłam i ciut odchowałam dzieci, zdarzyła mi się taka moja prywatna droga do Damaszku…(a dokładnie była to Droga Dębińska😉) którą to drogą odprowadzałam syna do przedszkola i zastanawiałam się, czy już go zapisać na lekcje religii.  Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mogę pozwolić, aby mojego syna ktoś uczył prawd, z którymi ja się nie uporałam do końca i dobrze o tym wiedziałam.

    I wtedy to “ni z gruchy ni z pietruchy”, na środku drogi ewangelia do mnie dotarła jak bomba z opóźnionym zapłonem. I ja po prostu za tym poszłam.

    Mówiłam i pisałam to świadectwo kilka razy i wiem, że czasem zachęca ludzi, którzy głoszą Słowo i nie widzą specjalnie rezultatów. A jednak Izajasz mówi “… Tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem. ” (55,10-11) Tak było ze mną.

    To było takie olśnienie “Jezu, wszystko zrozumiałam, wszystko usłyszałam, idę za Tobą”. Z punktu w tył zwrot (o 180 stopni) i naprzód marsz, zupełnie pod prąd w stosunku do wszystkiego 5 minut wcześniej 🙂

    [Dodatek dla dla osób niewierzących i poszukujących: ewangelia mówi, że jedyną drogą do nieba jest Jezus Chrystus, który poprzez swoją śmierć na krzyżu zapłacił cenę za wszystkie nasze grzechy i darmo, z łaski ofiaruje nam zbawienie. Nie można na nie zasłużyć- można jedynie uznać w pokorze przed Bogiem własny grzech i przyjąć darmo Jego dar. W ten sposób człowiek rodzi się na  nowo według ewangelii Jana 3,3nn i jest zbawiony od śmierci wieczne.j]

    Ponieważ nie znałam już wtedy  żadnych osób wierzących, nikt mnie do żadnego zboru nie przyprowadził. Ja sama w zabawny sposób, który aż wstyd mi teraz opisać, z dziecinną wiarą znalazłam ten pierwszy X, ale ze względu na sytuację domową i duży sprzeciw mojego męża i tak głównie siedziałam w domu i sama czytałam Biblię. I ona sama się przede mną otwierała i układała jak puzzle…nie miałam specjalnie nauczycieli…i dlatego nie przywiązałam się zbytnio do żadnej doktryny…Jestem człowiekiem z szafy. Przydało mi się to później kilkakrotnie w rozmowach ze Świadkami Jehowy…ale to już inny temat…

    Na początku byłam jak Jozjasz– radykalna do bólu, ku przerażeniu osłupiałej rodziny. Co przeczytałam i zrozumiałam to hajda wprowadzać w czyn 🙂 Reforma życia. Nie bacząc na ludzkie uczucia. Nazywam to teraz etapem walenia Biblią po głowach, żeby odbiorcy prędzej zrozumieli OCZYWISTE rzeczy. A że ja ich nie rozumiałam tyle lat….już mi umykało.

    I miałam taki pęd do czyszczenia wszystkiego. Jakiś przykład?

    Na dzień dobry obcięłam sobie sama włosy na 5 mm, bo wydawało mi się wtedy, że farba, którą nosiłam nie pasuje do nowej osoby, którą tak bardzo się czułam. Powyrzucałam z domu wszystkie obrazy i krucyfiksy. Wycięłam nożyczkami z mojej Biblii Tysiąclecia apokryfy – tak bardzo mnie raziły.

    Odwiedziłam zdumionego proboszcza i poinformowałam go osobiście o swojej decyzji porzucenia KK i dlaczego. Odbyliśmy rozmowę stulecia 🙂

    Spotkałam się z wszystkimi członkami rodziny i znajomymi i każdemu przekazałam tę samą informację.

    (Mój mąż wtedy lubił kpić: “Najlepiej przybij oświadczenie na drzwiach kościoła, bo może jeszcze ktoś o tobie nie słyszał”. Po upływie lat przyznaję mu częściowo rację- odbijało mi wtedy zdrowo 🙂 Ale to była stuprocentowa pierwsza miłość!)

    Skutkiem był ogólny rodzinny szok. I dalsze konsekwencje. Tak się zostaje czarną owcą i traci się reputację, miłość, przyjaźń i pozycję. Znamy to wszyscy i jest to zagwarantowany w Biblii znak sprzeciwu, papierek lakmusowy prawdziwego nowego narodzenia.

    Zaraz po opisanych wydarzeniach nastąpiła w mojej bliższej i dalszej rodzinie plaga chorób- w większości śmiertelnych. W krótkim czasie umarli mój teść, ojczym i mama. O śmierć otarł się mój syn, ja sama również kilkakrotnie trafiałam do szpitala.

    Było to interpretowane w rodzinie jako gniew Boga na mnie za moje “odstępstwo”. Dla mnie samej czas nauki ufania, pogłębiania wiary, “odpoczywania w Panu” i studiowania tematyki uzdrowień. W tym okresie zaczęłam wchodzić z Bogiem w dialog szczególnie bliski.

    W tym też czasie przyjęłam chrzest wiary przez całkowite zanurzenie w wodzie.

    Kolejnym etapem mojej wiary było poszukiwanie wspólnoty ludzi wierzących. Przeżyłam tu sporo rozczarowań, ale był to z perspektywy czasu cenny okres.

    Myślę, że Bóg miał ten etap pod kontrolą a mojemu charakterowi przydało się szlifowanie, a choćby i rzucanie czasem w błoto przez „złego kaprala”.

    Dzięki moim samodzielnym początkom odzywało się we mnie co jakiś czas przekonanie, że myślenie jest OK i że ja “swoje wiem” i bezkrytycznie niczego nie chciałam kupować. Byłam jak Berejczycy, którzy w Pismie sprawdzali, “czy tak się rzeczy mają”.

    Kilkakrotnie Bóg posłał mi też pomoc. To są też moje ulubione świadectwa, ale świadomie skrócę teraz tę wypowiedź. I dał mi możliwości służenia Mu poza zborem, w różny sposób. Uczył mnie też wyrozumiałości dla ludzkich ograniczeń i słabości, oddzielania grzechu od grzesznika, współczucia i chęci rozumienia innych i ich motywów. Cierpliwości. I jeszcze raz współczucia.

    Pokazywał mi też obszary, w których było wiele do zrobienia, a które często pozostawały poza sferą zainteresowań zborów, zajętych organizowaniem samych siebie i wydających na to wszystkie środki i całą energię.

    I w końcu, po około siedmiu latach otrząsnęłam się i podjęłam decyzję, że jednak odchodzę. I to “donikąd”. Ot, tak w Panu.

    Bóg przyznał się do tej decyzji, prowadząc mnie jak Ananiasza najpierw na Ulicę Prostą , gdzie znalazłam osoby podobnie jak ja szukające nowotestamentowych wzorów chrześcijaństwa i odkrywających, że struktury i legitymacje, oraz budynki, tytuły, konta bankowe i statuty nie są potrzebne do budowania kościoła, ciała Jezusa Chrystusa, który jest Jego jedynym budowniczym, fundamentem i głową.

    Dziś moim domem duchowym jest nieformalna grupa studiująca razem Słowo.

     

     

    • Ten wątek został zmodyfikowany 2 miesiące temu przez Błażej PiątekBłażej Piątek.
    • Ten wątek został zmodyfikowany 1 miesiąc, 1 tydzień temu przez Agnieszka P.Agnieszka P..
  • Musisz się zalogować, żeby odpowiedzieć w tym temacie.